• Według „Rzeczpospolitej” Polska ma teoretycznie sześć dywizji wojsk lądowych, ale od pierwszych godzin walki gotowe byłyby tylko dwie.
  • Jednostkami pierwszego rzutu mają być 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana i 18. Dywizja Zmechanizowana.
  • Ukończenie nowych formacji i wzmocnienie dywizji zachodnich ma potrwać co najmniej do 2040 r.

Polska armia ma sześć dywizji, ale nie wszystkie są gotowe

Według ustaleń przywołanych przez „Rzeczpospolitą” Polska posiada teoretycznie sześć dywizji wojsk lądowych. W razie wojny od pierwszych godzin do walki mogłyby jednak wejść przede wszystkim dwie jednostki pierwszego rzutu: 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana oraz 18. Dywizja Zmechanizowana.

To właśnie te formacje są rozmieszczone najbliżej potencjalnych kierunków zagrożenia. 16. Dywizja operuje na północnym wschodzie, w rejonie granic z obwodem królewieckim. 18. Dywizja stacjonuje wzdłuż granicy z Białorusią. Jak podaje „Rzeczpospolita”, nawet te jednostki nie zakończyły jeszcze formowania wszystkich nowych struktur.

Problemem nie jest więc wyłącznie liczba dywizji zapisana w planach. Kluczowe jest to, ile z nich ma pełne stany osobowe, dowództwo, logistykę, artylerię, obronę przeciwlotniczą, zapasy, środki transportu i sprzęt pozwalający wejść do walki natychmiast, a nie dopiero po mobilizacji i uzupełnieniach.

Dwie nowe dywizje nadal są w budowie

Dwie kolejne dywizje na wschodzie kraju, czyli 1. Dywizja Piechoty Legionów i 8. Dywizja Piechoty Armii Krajowej, są dopiero tworzone. Ministerstwo Obrony Narodowej informowało wcześniej, że 1. Dywizja Piechoty Legionów powstaje między obszarem odpowiedzialności 16. Dywizji Zmechanizowanej i 18. Dywizji Zmechanizowanej, a jej głównym terenem działania ma być województwo podlaskie.

MON podawało także, że dla nowej dywizji budowana jest infrastruktura tymczasowa i stała, m.in. w Kolnie, Wojewodzinie, Białymstoku, Czerwonym Borze, Ciechanowie, Grajewie i Ostrołęce. To pokazuje skalę przedsięwzięcia: dywizja nie powstaje wyłącznie przez wydanie decyzji organizacyjnej. Trzeba stworzyć koszary, zaplecze, dowództwo, pododdziały, system szkolenia i całą strukturę wsparcia.

Według „Rzeczpospolitej” ukończenie nowych formacji i wzmocnienie dywizji zachodnich może potrwać co najmniej do 2040 r. Wynika to z faktu, że proces tworzenia nowej dywizji zajmuje zwykle nie mniej niż 10 lat, a w obecnych warunkach trudno go radykalnie skrócić.

Na wsparcie drugiego rzutu trzeba byłoby czekać

W artykule przywołano klasyfikację szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesława Kukuły. Według niej jednostki pierwszego rzutu, czyli tier 1, powinny wejść do walki w ciągu 7 dni, a część nawet w kilkanaście godzin. Jednostki drugiego rzutu, czyli tier 2, mogą potrzebować na uzupełnienie składów nawet do 30 dni.

„Za dywizje pierwszorzutowe generał Kukuła uznał 16. Pomorską Dywizję Zmechanizowaną, rozlokowaną na granicach obwodu królewieckiego, oraz 18. Dywizję Zmechanizowaną, która stacjonuje wzdłuż granicy z Białorusią” – czytamy w „Rzeczpospolitej”, cytowanej przez Bankier.pl.

Pozostałe dwie dywizje, 11. i 12., są określane jako dywizje zachodnie. Według tych ustaleń pozostawiono je w starszej strukturze trzybrygadowej z pułkiem zamiast brygady artylerii. Są też częściowo skadrowane, co oznacza, że duża część ich pododdziałów nie mogłaby wejść do walki już pierwszego dnia wojny.

Rekordowe wydatki nie oznaczają natychmiastowej gotowości

Wnioski są niewygodne, bo Polska jednocześnie należy do państw najszybciej zwiększających nakłady obronne. Według Ministerstwa Finansów w ustawie budżetowej na 2026 r. na finansowanie obrony narodowej przeznaczono rekordowe 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB.

To ogromna kwota, ale pieniądze nie zamieniają się automatycznie w gotowe dywizje. Zamówione czołgi, armatohaubice, systemy przeciwlotnicze, amunicja, drony i pojazdy muszą zostać wyprodukowane, dostarczone, wdrożone, obsadzone załogami i włączone do realnego systemu dowodzenia. Do tego potrzebne są szkolenia, zaplecze techniczne, magazyny części, obsługa logistyczna i zapasy wojenne.

NATO po szczycie w Hadze przyjęło cel inwestowania 5 proc. PKB rocznie w obronę do 2035 r., w tym 3,5 proc. PKB na podstawowe wymagania obronne i cele zdolnościowe Sojuszu. Oficjalne wyjaśnienia NATO pokazują, że sama wysokość wydatków jest tylko jednym z elementów. Liczą się konkretne zdolności: wojska, sprzęt, gotowość, zapasy, infrastruktura, odporność państwa i przemysł obronny.

Największe ryzyko: luka między kontraktem a zdolnością

Największym problemem polskiej modernizacji jest luka czasowa. Kontrakt zbrojeniowy daje perspektywę dostaw, ale nie tworzy natychmiast zdolności bojowej. Nawet szybki zakup sprzętu z zagranicy nie rozwiązuje automatycznie problemu personelu, obsługi, amunicji, części zamiennych i pełnego zgrania jednostek.

To szczególnie ważne w scenariuszu zagrożenia ze strony Rosji. Ewentualny konflikt nie musiałby zaczynać się od długiego okresu przygotowań widocznych dla opinii publicznej. Może mieć formę presji hybrydowej, prowokacji granicznych, cyberataków, sabotażu infrastruktury albo ograniczonego uderzenia testującego reakcję NATO.

Polska armia musi więc nie tylko kupować sprzęt, ale utrzymywać zdolność do działania w pierwszych godzinach i dniach kryzysu. Z tego punktu widzenia gotowe dywizje, sprawna mobilizacja, obrona powietrzna, rozpoznanie, logistyka i odporność infrastruktury mogą być równie ważne jak liczba podpisanych umów.

Czytaj także:

Lider wciąż ma męską twarz? 76 proc. pracowników przyznaje to wprost

Cudzoziemcy wchłaniani przez polski rynek pracy. Ich znaczenie rośnie

Ani euro więcej na broń dla Ukrainy. Słowacja mówi pas