We "Wprost" nr 16/2007 ukazał się artykuł Aleksandra Pińskiego "Fundusze naiwnych", w którym czytamy m.in.:


Czy niezależne fundusze inwestycyjne okradają swoich klientów?

[23.04.2007] We "Wprost" nr 16/2007 ukazał się artykuł Aleksandra Pińskiego "Fundusze naiwnych", w którym czytamy m.in.:

"Niezależne fundusze inwestycyjne obdzierają ze skóry swoich klientów. Czy można, niczym prawie nie ryzykując, zarobić w nieco ponad rok kilkanaście milionów złotych? Można, a pomysł jest banalnie prosty. Zastosowali go byli menedżerowie polskich funduszy inwestycyjnych Maciej Wiśniewski (wcześniej zarządzający w BZ WBK AIB Asset Management) oraz Maciej Kwiatkowski (były prezes BRE Asset Management). Założyli własne, niezależne od dużych instytucji finansowych, towarzystwa funduszy inwestycyjnych – odpowiednio Investors i Opera. Wprowadzili system pobierania wynagrodzenia, dzięki któremu w ubiegłym roku pobrali od pieniędzy inwestorów ponaddwukrotnie wyższą prowizję, niż od takich samych pieniędzy odliczyłyby polskie (jedne z najdroższych na świecie) fundusze inwestycyjne. W półtora roku od założenia firmy stali się multimilionerami."

Zainteresowanych lekturą całości materiału odsyłamy do internetowego wydania tygodnika "Wprost" (https://www.wprost.pl/ar/?O=104847&I=1269).

W sumie cały artykuł niewiele mówi o samych funduszach inwestycyjnych (choćby dlatego, że jest w nim sporo nieścisłości), natomiast stanowi wprawiający w przygnębienie obraz stanu świadomości naszych dziennikarzy. Kategorie jakimi operuje autor dla analizy rzeczywistości są bowiem nieomal trockistowskie, a w każdym razie mocno trącą "oldskulowym", XIX-wiecznym socjalizmem. Brakuje nam tylko zarzutu, że Kwiatkowski i Wiśniewski, twórcy funduszy Investors i Opera są "moralnie odpowiedzialni" za oślepnięcie Łyska z pokładu Idy oraz, oczywiście, za los Janko Muzykanta…

W rzeczywistości:
1) jeśli zakładanie funduszy inwestycyjnych to "banalnie prosty" sposób na zarabianie pieniędzy, to dlaczego A. Piński tyra za marne grosze we "Wprost" zamiast skorzystać z tej ścieżki, założyć własny fundusz inwestycyjnych i "zarobić w nieco ponad rok kilkanaście milionów złotych"?
2) jeśli "niezależne fundusze inwestycyjne obdzierają ze skóry swoich klientów", to dlaczego klienci nie czują się obdarci ze skóry (przynajmniej takiej głosy do mnie nie dotarły), ale rzecznikiem-samozwańcem interesów obdartych ze skóry musi być Piński?

Z uwagi na radykalny i jednoznaczny sposób, w jaki Piński postawił swoje zarzuty o tekście szybko zrobiło się dosyć głośno. Ciekawą polemikę przedstawił Grzegorz Zalewski

Grzegorz Zalewski
https://zdystansem.salon24.pl/11893,index.html

Teksty dla naiwnych, czyli o "dziennikarstwie" finansowym

W 16 numerze tygodnika Wprost pojawił się materiał Aleksandra Pińskiego "Fundusze naiwnych". Tekst pozornie wygląda na obnażający pewne aspekty specyficznego rodzaju funduszy inwestycyjnych.

Niestety faktycznie wygląda, jak artykuł sponsorowany przez konkurencję. No chyba że sponsorem jest niewielka wiedza autora na ten temat (z moich doświadczeń z dziennikarzami często wygląda tak, że firma konkurencyjna niby to mimochodem rzuca news, a dziennikarz z niewielką wiedzą daje się wpuścić w maliny).

Zacznijmy od początku. Od niedawna na naszym rynku pojawiła się nowa klasa instytucji finansowych. Firm założonych przez ludzi, którzy przez lata działali w branży inwestycyjnej i w pewnym momencie podjęli decyzję, że zakładają własny biznes. Biznes firmowany własnym nazwiskiem, a nie logo wielkiej instytucji. Na całym cywilizowanym świecie to klasyczna ścieżka rozwoju. Zarządzający pracuje w wielkiej uznanej instytucji. Gdy wyrobi sobie markę wśród klientów odchodzi i zakłada własną firmę. Zwykle przynajmniej część klientów idzie za nim – bo dla nich liczy się ten konkretny człowiek, ze swoimi umiejętnościami, a nie firma XYZ.

W Polsce takimi firmami są Investors TFI oraz Opera TFI. To one są "czarnymi bohaterami" materiału we Wprost z podtytułem "niezależne fundusze inwestycyjne obdzierają ze skóry swoich klientów".

Dalej autor próbuje troszczyć się o pieniądze inwestorów, którzy powierzają je Operze i Investors pisząc "wprowadzili system pobierania wynagrodzenia, dzięki któremu w ubiegłym roku pobrali od pieniędzy inwestorów ponad dwukrotnie wyższą prowizję, niż od takich samych pieniędzy odliczyłyby polskie (jedne z najdroższych na świecie) fundusze inwestycyjne".

No dobra, zobaczmy jak to wygląda. Polskie fundusze akcyjne pobierają przeciętnie ok. 4-5 proc. opłaty dystrybucyjnej tzw. "up-front load", czyli płaconej na początku inwestycji, która pomniejsza pieniędze, które będą faktycznie pracować. Czyli wpłacając 100 zł, fundusz zacznie zarządzanie 95 zł (5% prowizji). Następnie w skali roku pobierana jest tzw. opłata za zarządzanie, która faktycznie w Polsce jest jedną z najwyższych i wynosi ok. 3-4 % od AKTYWÓW. Czyli jeśli fundusz zarobi 20 procent w skali roku to wynik ten jest pomniejszany właśnie o owe 3-4 proc. (opłata ta naliczana jest codziennie, lub co miesiąc i nie jest widoczna, ale każdy fundusz jasno pisze o jej wysokości.)

Choć nie widoczna, to jest to opłata bardzo obciążająca inwestora, właśnie dlatego, że jest pobierana co roku naliczana jest od coraz większej kwoty (jeśli fundusz rośnie) czyli od aktywów.

Załóżmy, że mamy do czynienia z inwestycją 15 letnią, która co roku przynosi nam 20 procent (raj, który nie istnieje). Po tym okresie nasze 100 zł wzrośnie do 1540 PLN. Fundusz, który zabierze nam 5 procent na początku, przy tych samych parametrach odda nam 1463.7 PLN.

Fundusz który pobiera 2 proc. opłaty za zarządzanie (i prowizje 5 proc. na początku) odda nam 1081 PLN, z kolei taki w którym opłata wynosi 4 proc. – 793,4 PLN.

Różnice imponujące. No właśnie na tym polega "myk" związany z tą opłatą. Nie widać jej, ale jest znacząca.

Aleksander Piński pisze, że co prawda fundusze Opera i Investors mają owe opłaty za zarządzanie niższe (widzimy jakie mają przełożenie na nasze pieniądze) odpowiednio 1.75% i 2 proc."ale dodali 20 procentową premię dla zarządzających, odtrącaną od osiągniętego zysku (Investors FIZ potrąca, gdy zysk przekroczy 15 procent) […] Problem polega na tym, że premia nie jest odliczana wtedy, gdy zarządzający osiągną stopę zwrotu wyższą niż indeks giełdowy (to byłoby właściwym miernikiem umiejętności zarządzających), tylko od całego zysku. Wiśniewski i Kwiatkowski [czyli zarządzający w obu firmach] chcą pobierać i od tego prowizję, jakby była to ich zasługa".

Sensacja !!!
Okradają nas w biały dzień!!

Niestety większej bzdury dawno nie czytałem. Choć w czasie tej hossy sporo się pojawia materiałów, delikatnie mówiąc pisanych przez amatorów.

Investors – o czym autor wspomniał w nawiasie pobiera opłatę od zysku (tzw. performance fee) tylko wtedy gdy fundusz zarobi 15 proc. Do tego momentu nie pobiera nic. Bez względu na to czy jest na rynku akcji rośnie czy spada. Co więcej, gdy fundusze nie będą zarabiały zostanie im tylko opłata za zarządzanie – niższa niż w innych funduszach agresywnych.

Wróćmy do wcześniejszego przykładu. Przez 15 kolejnych lat fundusz spada co roku o 5 procent (katastrofa, ale takie też na szczęście rzadko się pojawiają). Jeśli pobiera opłatę za zarządzanie w wysokości 4 procent, nasza inwestycja wyniesie 23,50 PLN, jeśli ta opłata wyniesie 2% (Opera) będzie to 33,10 PLN, jeśli będzie to 1.75 proc. (Investors) będzie to 34,5 PLN.

Co jedna z opłatą za wynik w czasie wzrostów funduszu. Investor FIZ i Opera FIZ to fundusze, które można zaklasyfikować (z pewnymi zastrzeżeniami) do grona tzw. funduszy hedgingowych. W skrócie oznacza to, ze mogą spekulować na takich rynkach, na których klasyczne fundusze nie mogą. Dzięki temu w czasie dekoniunktury na rynkach akcji (na której klasyczne fundusze tracą a i tak pobierają od nas prowizję) mają szansę przynosić swoim akcjonariuszom zysk. Pierwszy tego rodzaju fundusz powstał pod koniec lat 50 w USA. Wówczas też jako pierwszy wprowadził ten rodzaj opłaty "za wynik" jako nagrodę za ponad przeciętne możliwości. Inwestorzy to przyjęli. Co więcej ta konstrukcja opłat motywuje zarządzających faktycznie do starania się o osiągnięcie zysku. Ale nie jak chciałby autor tekstu we Wprost, żeby być lepszym od indeksu – tylko systematycznie, rok w rok.

Jak powiedział jeden z przedstawicieli branży funduszy hedge "nie interesują nas gwiazdki przyznawane przez różne gazety, ani to czy będziemy lepsi czy gorsi od indeksu. Chcemy tylko zarabiać pieniądze dla naszych klientów – w każdym roku".

Tak pobierany w ten sposób pomniejsza zysk. Ale jest pobierany tylko wówczas, gdy on faktycznie jest. A nie zawsze jest.

Jako ciekawostkę podam tylko, ze autor nawet nie zająknął się o tym, że opłatę dystrybucyjną oba fundusze mają niższą niż przyjęta w branży. No ale nie byłoby sensacji.

>> POWRÓT
do archiwum wiadomości Portalu Skarbiec.Biz”

Oceń ten artykuł: