Jeszcze łupki nie zginęły


Jeszcze łupki nie zginęły

[26.10.2015] Przygotowania do wydobywania gazu łupkowego w USA zajęły Amerykanom ponad dwie dekady. W Polsce przygotowujemy się do tego dopiero od lat sześciu. Nie ma więc na razie powodów, by stawiać krzyżyk na polskich łupkach.

Gaz łupkowy w Polsce? Po początkowej euforii i nadziejach na łupkowe eldorado mamy dziś smutę i zastój. Liczba odwiertów poszukiwawczych zamiast rosnąć, dramatycznie spadła, a z poszukiwań tego surowca u nas wycofały się niemal wszystkie duże zagraniczne firmy: amerykańskie koncerny Conoco Phillips, Exxon i Marathon Oil, kanadyjski Talisman Energy i dwa europejskie giganty paliwowo-energetyczne – francuski Total oraz włoski ENI. Chevron i San Leon zrezygnowały z części koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego w Polsce. Ten pierwszy zostawił sobie tylko jedną koncesję. Swe zaangażowanie w łupki ograniczyli też dwaj główni polscy gracze: PGNiG i PKN Orlen.

Efekt? Według danych Ministerstwa Środowiska w pierwszych ośmiu miesiącach tego roku wykonano w Polsce tylko dwa odwierty, związane z poszukiwaniem gazu i ropy łupkowej, a kolejne dwa rozpoczęto. Tak źle jeszcze nie było. Dla porównania: w 2014 r. wykonano takich odwiertów 15, a w rekordowym 2012 r. – 24. Liczba koncesji udzielonych na poszukiwanie tych surowców w naszym kraju zmniejszyła się ze 115 do 40 (jeszcze w zeszłym roku było ich 60), z czego ponad połowa przypada na polskie firmy: PGNiG, PKN Orlen i Lotos. Można więc mówić wręcz o zapaści w tym sektorze. Jakie są jej przyczyny?

Eksplozja zaniechań

Po pierwsze, okazało się, że polskie skały łupkowe różnią się od tych amerykańskich. Mają inny skład, inną budowę, zawierają dużo iłów, a w rezultacie dużo gorsze "parametry geomechaniczne". Nie pękają podczas szczelinowania tak, jak "jankeskie" łupki. To dlatego amerykańska technologia wydobycia gazu łupkowego nie sprawdza się w Polsce i trzeba opracować nową, dopasowaną do naszych złóż. A to jest praca na lata.

Po drugie, w zeszłym roku poleciały w dół ceny ropy, a w ślad za tym doszło do spadku cen gazu. To zmniejszyło opłacalność wydobycia obu surowców. W związku z tym poszukujące je firmy zaczęły rezygnować z najmniej opłacalnych projektów. A do takich należą, dużo droższe w eksploatacji od złóż konwencjonalnych, formacje skał łupkowych. Ten proces nie ominął Polski. Przyczynił się do tego fakt, że na razie nie doczekaliśmy w naszym kraju choćby jednego spektakularnego odkrycia naprawdę dużych i rentownych w wydobyciu złóż gazu łupkowego. Jego brak po kilku latach poszukiwań działa z pewnością deprymująco na inwestorów.

– Najbliżej takiego sukcesu poszukiwawczego w Polsce była amerykańska firma Lane Energy (należąca do ConocoPhillips – przyp. aut.) – opowiada Piotr Naimski, wiceszef sejmowej nadzwyczajnej komisji energetyki i surowców energetycznych. – Niestety, amerykańska centrala zabrała im dalsze finansowanie prac poszukiwawczych w naszym kraju. Mimo to Lane Energy nie chciała rezygnować. Próbowała rozmawiać z polskim rządem, szukała partnerstwa z PGNiG, któremu chciała oddać połowę udziałów w tym projekcie. Jednak ani rząd, ani PGNiG nie byli tym zainteresowani. To było zaniechanie.

Takich zaniechań, niechęci do działania, ale i zwykłej nieudolności oraz złych decyzji, było w sprawie łupków ze strony rządzącej koalicji PO-PSL dużo więcej. I to kolejna, nie mniej ważna od już wymienionych, przyczyna, dla której z gazem łupkowym na razie nam nie wyszło. Choć zapowiadało się tak dobrze.

Prawne ramy w budowie

Gdy kilka lat temu Energy Information Administration (EIA), amerykańska instytucja rządowa, zajmująca się sektorem paliwowo-energetycznym, ogłosiła, że według jej oceny Polska ma ogromne zasoby gazu łupkowego, euforia ogarnęła też polski rząd. W tym samego Donalda Tuska. Koalicja rządowa dostrzegła w rysowanej nam wizji "łupkowego eldorado" świetne narzędzie do poprawienia społecznych nastrojów.

Donald Tusk, tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r., wizytował jedno z miejsc, w którym PGNiG szukało gazu łupkowego. I publicznie zapowiedział wtedy, że "komercyjne", czyli na większą, przemysłową skalę, wydobycie gazu łupkowego w Polsce ruszy w 2014 r. Mamy już drugą połowę roku 2015, a wydaje się, że jesteśmy od tego celu dalej niż cztery lata temu. Głównie z powodu wycofania się z poszukiwania gazu z polskich łupków dużych, zachodnich koncernów, bez których dużo trudniej będzie nam opracować i wdrożyć technologię wydobywczą, pasującą do polskich złóż.

Zagraniczne i nasze krajowe koncerny, które chciały wydobywać gaz łupkowy w Polsce, oczekiwały od rządu jak najszybszego wprowadzenia przepisów, określających warunki, na jakich będą wydobywać ten surowiec. Chodziło m.in. o wysokość tak zwanego podatku węglowodorowego, czyli daniny na rzecz państwa od wydobytego surowca. Rząd jednak zwlekał z określeniem tych zasad. W odpowiedzi na to opozycja, a dokładniej PiS, złożyła, jeszcze w 2011 r., swój projekt ustawy regulującej owe kwestie.

Rządząca koalicja nie chciała go jednak rozpatrzyć, w czym miała swój udział ówczesna marszałek Sejmu, Ewa Kopacz. Nie byłoby może w tym nic zdrożnego, gdyby koalicja PO-PSL bez zbędnej zwłoki opracowała i przegłosowała swój własny projekt ustawy w tej sprawie. Zrobiła to jednak dopiero w zeszłym roku. Jakby tego było mało, uchwalone przepisy spotkały się z dość powszechną krytyką. Poseł Naimski zarzucał, że projekt nowej ustawy o podatku węglowodorowym został przygotowany przez rząd niechlujnie, że wymagał bardzo wielu poprawek i że nie przyjęto w nim najlepszych w tym przypadku rozwiązań podatkowych.

Potem było jeszcze ciekawiej, bo rząd przedstawił jeszcze jeden projekt legislacyjny, tzw. specustawę węglowodorową, która miała przede wszystkim ułatwić inwestycje w poszukiwanie i wydobycie gazu i ropy z łupków, skrócić i uprościć procedury administracyjne z tym związane. Na przełomie czerwca i lipca rząd jednak wycofał ten projekt. Tłumaczono to zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, bo jeśli projektu nie udałoby się uchwalić w tej kadencji parlamentu, to nowy parlament musiałby go "procedować" od nowa. Pytanie, czy nie było możliwe, żeby jednak zdążyć przed wyborami i dlaczego rząd zabrał się za tworzenie projektu tej ustawy tak późno. Tak późno, bo była ona bardzo potrzebna już kilka lat temu, gdy ruszały poszukiwania gazu łupkowego w Polsce.

Nadzieja w krajowych potentatach

Co będzie dalej? W lipcu tego roku, podczas posiedzenia sejmowej komisji gospodarki, Sławomir Brodziński, wiceminister środowiska, a zarazem główny geolog kraju, przedstawił posłom "informację o perspektywach wydobycia gazu ze złóż niekonwencjonalnych w Polsce". – Po wyjściu z kraju dużych zagranicznych koncernów większość ciężaru poszukiwań spoczywa na trzech dużych krajowych koncernach – mówił Brodziński, mając na myśli PGNiG, Orlen i Lotos. Jego zdaniem jednak, firmy z Zachodu do nas wrócą, gdy znów pójdą w górę ceny gazu. Brodziński dodał, że powinniśmy brać pod uwagę także mniejsze przedsiębiorstwa. W Stanach Zjednoczonych początkowo tamtejsze duże koncerny paliwowe nie były zainteresowane udziałem w łupkowej rewolucji. Dołączyły do niej dość późno, gdy była już gotowa technologia wydobycia gazu i ropy łupkowej.

O udziale mniejszych firm też jednak decydować będą ceny gazu. Czy wzrosną one w najbliższych latach? Na razie na to się nie zanosi. M.in. ze względu na zniesienie sankcji wobec Iranu, który ma jedne z największych złóż gazu na świecie i to tego konwencjonalnego, tańszego w wydobyciu niż łupkowy. Nie ma jednak powodów, by już grzebać nadzieje na łupkowy boom w Polsce. Pierwsze odwierty potwierdziły, że w naszym kraju gaz rzeczywiście jest, i to w niemałych ilościach. Dla naszych krajowych koncernów energetycznych i paliwowych to kusząca perspektywa. Bo na wydobyciu ropy i gazu zawsze zarabia się dużo więcej niż na ich przetwarzaniu na paliwa i dostarczaniu do odbiorców. Nie jest więc tak źle, jak mogłoby się zdawać, patrząc na obecną mizerię polskiej branży łupkowej.

Jacek Krzemiński

Treści dostarcza Gazeta Bankowa

Oceń ten artykuł: