Niejednolity obszar wspólnoty

Niejednolity obszar wspólnoty

[06.03.2012] Jeszcze rok temu dyskusja o wstąpieniu Polski do strefy euro wydawała się kompletnie nie na miejscu. Nasz kraj uchodził bowiem za oazę spokoju, a Euroland zmagał się z ogromną skalą narosłych problemów, które kumulowały się na rynkach obligacji takich krajów jak Hiszpania czy Włochy.

Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło. W połowie minionego roku deklaracja Mario Draghiego o zamiarze dokonania wszelkich działań niezbędnych do zachowania waluty wspólnotowej uspokoiła burzliwą atmosferę. Dodatkowo wciąż pełną parą pracujące prasy drukarskie po drugiej stronie Atlantyku sprawiły, że wyceny ryzykownych aktywów się zwiększyły, nastroje na rynkach zauważalnie poprawiły, a wcześniej obecna awersja do ryzyka ustąpiła miejsca niemal powszechnej jego akceptacji.

Chcemy a nie możemy

Można pokusić się o stwierdzenie, że wszechobecny optymizm udzielił się również polskiemu rządowi, który z końcem ubiegłego roku wyraził chęć ponownego rozpoczęcia dyskusji nad wstąpieniem naszego kraju do wspólnego obszaru walutowego. Od tamtego czasu na nowo rozgorzała dyskusja nad tym, czy wciąż warto przystępować do tego klubu. Wydaje się jednak, że owa dyskusja często pomija bardzo istotne kwestie, które od wielu już lat sprawiają, że Polska do strefy euro przystąpić nie może, a sam wspólny obszar walutowy wcale nie jest tak atrakcyjny, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Po pierwsze nie można zapominać, że nasz kraj chronicznie nie spełnia większości kryteriów z Maastricht, a więc nawet gdybyśmy chcieli do strefy wejść, na chwilę obecną byłoby to po prostu nie możliwe. Warto nadmienić, że jednym z istotniejszych i wciąż niespełnianych kryteriów jest uporczywie wysoki deficyt budżetowy, który ma charakter strukturalny, a nie cykliczny.

Unia nie pozwoli na uproszczenia

Oznacza to, że nawet w okresie dobrej koniunktury gospodarczej ciężko jest zejść z deficytem poniżej granicznego poziomu 3 proc. PKB, nie mówiąc już o okresach spowolnienia. Wydaje się więc, że przed wstąpieniem do Eurolandu potrzebna byłaby reforma finansów publicznych, na co jednak nie ma woli politycznej i na horyzoncie nie widać tutaj żadnej zmiany.

Oczywiście można sądzić, że niedawno przeprowadzona reforma emerytalna załatwia tę kwestię, ale jest to zbyt duże uproszczenie. Trzeba bowiem sobie powiedzieć szczerze, że strona wydatkowa budżetu wciąż się rozrasta i brakuje klarownego planu ograniczenia tego zjawiska. Inną sprawą jest kryterium relacji długu do PKB, który co prawda jeszcze spełniamy, ale przy drobnym potknięciu na koniec tego roku być może spełniać już nie będziemy. Warto podkreślić, że przy tym kryterium pod uwagę brana jest metodologia unijna, gdzie powszechnie znane sztuczki Ministerstwa Finansów nie mają takiego przełożenia, jak w przypadku długu liczonego według metodologii krajowej.

Potrzeba wielu rewolucji

Widać więc wyraźnie, że biorąc pod uwagę same kryteria konwergencji, w chwili obecnej Polska przygotowana do członkostwa w Eurolandzie nie jest. Ponadto przy braku strukturalnej reformy budżetu państwa, spełnienie opisanych wyżej kryteriów wymagać będzie dalszego zwiększania fiskalizmu państwa, czy w końcu ostatecznego rozwiązania kwestii OFE. Chyba nie trzeba dodawać, że taki obrót sprawy byłby niekorzystny dla gospodarki czy rynku finansowego, nie mówiąc już o sprzeciwie społeczeństwa, które ostatnio zostało nieprzyjemnie zaskoczone fotoradarową rewolucją. Powiedzieć sobie trzeba jasno, że w przypadku wejścia do strefy euro czekać nas będzie jeszcze więcej takich rewolucji.

Niejednolity obszar wspólnoty

Zupełnie inną kwestią jest kryterium stopy procentowej, które między innymi za sprawą niekiedy trudnych do zrozumienia działań RPP jest ciężkie do spełnienia. Oczywiście sama RPP nie jest tutaj winna, gdyż przyczyn jest znacznie więcej – na czele z ultrałagodną polityką innych banków centralnych, zawyżających w ten sposób ceny surowców czy zaniżających lokalny koszt pieniądza. Problem w tym, że przy prowadzeniu w pełni klasycznej polityki monetarnej, której oczywiście trudno odmówić racjonalności, ciężkie może być w obecnym środowisku spełnienie kryterium stopy procentowej.

Kolejne kwestie stoją po stronie strefy euro, która od samego początku tworzona była bardziej mając na uwadze czynniki polityczne niż ekonomiczne. Nie od dziś bowiem wiadomo, że wspólny obszar walutowy wymaga nie tylko ujednoliconej polityki monetarnej, lecz także fiskalnej. Tego drugiego czynnika od samego początku brakowało i między innymi dlatego kryzys w strefie euro ma miejsce.

Nie widać klarownego rozwiązania

Oczywiście politycy starają się ów problem rozwiązać, ale ich działania dla wprawnego obserwatora nadal nie są przekonujące. Warto podać choćby przykład szumnie ogłaszanej unii bankowej, która rodzi się w niemiłosiernych bólach i wciąż na horyzoncie nie widać klarownej ścieżki dojścia do pełnej unii przy scentralizowanej gwarancji depozytów.

Nierozwiązany pozostaje również problem wewnątrzwspólnotowych transferów, gdzie sprawnie działająca unia wymaga przepływu środków z kieszeni pracującego Słowaka czy Niemca na rzecz bezrobotnego Hiszpana bądź Greka. Zasadne w tym względzie wydaje się pytanie czy na dłuższą metę taki mechanizm w ogóle ma szansę się utrzymać. Czy przypadkiem rozzłoszczeni ciągłym finansowaniem południa Europy obywatele północy nie powiedzą dojść i wybiorą taką partię, która to ’dość’ przekłuje w czyn? Oczywiście i ten problem można rozwiązać, ale wtedy mówimy już o stworzeniu w pełni jednolitego europejskiego państwa z jednym rządem, który decydować będzie zarówno w imieniu Greków, jaki i Niemców czy Francuzów. Tutaj od razu rodzi się pytanie czy przypadkiem nie jest to utopijny pomysł?

Wspólna polityka wad

Oczywiście z biegiem dziesięcioleci różnice narodowe czy kulturowe mogą się zmniejszać, ale raczej pozbawionym logiki wydaje się osąd, że dumny obywatel Grecji stanie się na tyle podobny do pracowitego Niemca, jak to ma miejsce w USA w przypadku mieszkańca stanu Floryda i powiedzmy Nowy Jork. Zresztą już przynajmniej dwa razy tego próbowano i nie udało się. Imperium Rzymskie upadło, a Unia Łacińska z końcem pierwszej wojny światowej przestała istnieć. No cóż, nie tylko Polak ma widocznie to do siebie, że uczy się na swoich, a nie cudzych błędach. Również wspólna polityka monetarna nie jest pozbawiona wad.

Warto w tym miejscu zadać retoryczne pytanie, czy aktualnie obowiązująca w Eurolandzie stopa procentowa na poziomie 0,75 proc. byłaby odpowiednia do realiów krajowej gospodarki. Oczywiście nie należy tutaj zajść za daleko i w pełni kwestionować zasadność tworzenia unii walutowej. Problem w tym, że w obecnym kształcie Euroland nie jest tworem o silnych fundamentach i na horyzoncie nie widać perspektyw do szybkiej zmiany tego stanu rzeczy. Zupełnie inaczej wyglądałyby perspektywy unii monetarnej mniejszej i bardziej do tego przygotowanej grupy państw, gdzie miejsca dla Grecji raczej próżno szukać.

Niestabilne partnerstwo

Powyższe kwestie mówią o długoterminowych problemach strukturalnych, z którymi od dłuższego czasu boryka się zarówno Polska, jak i sama strefa euro. Ponadto na bazie powyżej przedstawionych zagadnień wysnuć można następujące wnioski strefa euro na chwilę obecną nadal nie wydaje się partnerem o stabilnych, długoterminowych podstawach i obecny optymizm z nią związany może zakończyć się równie szybko, jak się zaczął. Ponadto Polska przy obecnym kształcie polityki fiskalnej nie jest w stanie w sposób stabilny i zdrowy dla gospodarki stale spełniać kryteria konwergencji.

Oznacza to, że Polska oraz strefa euro nie są przygotowane na wzajemny sojusz, który okazałby się trwałym i bezproblemowym na dziesięciolecia. Aby więc myśleć o racjonalnym członkostwie naszego kraju w Eurolandzie, oprócz wielu kwestii przewijających się w komentarzach typu ’realna konwergencja gospodarek’, potrzebne są reformy których przeprowadzenie w obecnym środowisku wydaje się wysoce mało prawdopodobne lub wręcz niemożliwe. Na bazie tych przemyśleń wysnuć można wniosek, że członkostwo Polski w samej strefie, niestety, na chwilę obecną pozbawione jest długoterminowego sensu.

Łukasz Bugaj
Autor jest analitykiem Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska

źródło: „Gazeta Finansowa”

Oceń ten artykuł: